SnowFest Festival 2018 - relacja i vlog festiwalowy CTRL PATTT

2/19/2018 10:17:00 PM


Kiedy patrzyłem w kalendarz i widziałem, że do festiwalowego lata jeszcze tyle czasu, a zima na Kujawach powiedziała w tym roku stanowcze "nie!", kołem ratunkowym na wszystko został SnowFest Festival 2018. Wystarczyło spakować walizki i udać się do Szczyrku. Czy festiwal spełnił moje oczekiwania? Czy dzięki niemu przetrwam do lata? O tym w poniższej relacji.

Szczyrk - miejscowość oddalona o 435 km od Torunia. Świetna okolica wypadowa dla wszystkich zajawkowiczów nart, snowboradu oraz popularnych jabłuszek. Dookoła niej piękny krajobraz Beskidu Śląskiego z najwyższym szczytem Skrzyczne, należącym do Korony Gór Polski. Jadąc na festiwal oczywiście wziąłem to pod uwagę. Jak wiecie, góry nie są mi obce, a lepszego połączenia w dniach 9-10 lutego nie mogłem sobie wymarzyć. Na dole, gdzieś u podnóża gór rozbrzmiewały dźwięki muzyki. Wyżej, gdzieś tam wysoko trzeszczał śnieg pod butami, a ciszę i spokój na szlaku przecinały wyciągi ze zjeżdżający narciarzami. Po części organizatorzy SnowFest postanowili połączyć te dwa światy. Podczas towarzyszącej i rozgrzewającej muzyki, na festiwalu dodatkową atrakcją były zawody snowboard & freeski. Po jednej stronie kompleks trzech skoczni Skalite, po drugiej Amfiteatr - czyli główni bohaterowie całego festiwalu. Tutaj działo się najwięcej, a niska temperatura była niczym pojedynczy i niegroźny hejter, który przychodzi z nadzieją, że zostanie zauważony. Bezskutecznie. Największym i najbardziej widocznym hejterem całego przedstawienia był smog - smog, który dawał ostro w płuca. Unosząca się mgła była niczym zakalec w dobrym cieście, a z rana, po przebudzeniu stawała się pasożytem na gardle. Coś paskudnego.




Miasteczko festiwalowe bardzo skromne, ale wypełnione po brzegi muzyką. Niby pięć scen, ale tak naprawdę dwie, które odgrywały tutaj główną rolę - Main Stage Amfiteatr oraz (ogrzewany) Snow Tent. Pozostałe trzy były małymi i urokliwymi punkcikami na mapie - jeżeli chciałeś szybko złapać ciepło, kierowałeś się właśnie do nich. Co z jedzeniem? Festiwaliwczów żywił zlot foodtrucków, czyli bez zmian - drogo, miejscami niesmacznie i niewarte ceny półprodukty. Na szczęście pobliskie knajpy czuwały trochę dłużej i można było "zapchać kichę" w inny sposób. Od siebie polecam zaopatrzenie się w termosik i kilka smakołyków, które pozostawicie w samochodzie na czarną godzinę. Poza tym, drodzy organizatorzy, czy kupony jako metoda płatności to nie irytujący przeżytek? Do czego mogę się przyczepić, to teren nieprzygotowany pod panujące warunki, które i tak były bardzo łaskawe. Śnieg przecież nie padał, a z miasteczka robiła się ślizgawica. Trybuny Amfiteatru to jedne wielkie lodowisko, na którym przewracali się ludzie. Niebezpiecznie i niefajnie. No dobra, trzeba też przyznać, że spora część fanów muzyki chodziła pod wpływem już od otwarcia bram, ale to nie zwalnia z obowiązku bezpiecznego przygotowania imprezy. Wszystko inne na plus!

Ok, czas spojrzeć w line-up i przejść do wybranych występów.


SnowFest przywitał mnie niemałym nerwem. Po prawie pięciu godzinach podróży i zaledwie dwóch godzinach przed otwarciem bram festiwalu dowiaduję się, że Wiley nie wystąpi w Szczyrku. Po prostu. Organizatorzy od razu wystawili informację, że spełnili wszystkie warunki kontraktu, a artysta (pisząc wprost) olał swój występ. Jak okazuje się nie pierwszy raz. Znany jest z tego nie tylko w Polsce, ale i u siebie na Wyspach Brytyjskich. Ku śmieszności całej sytuacji, kilka dni temu Wiley ogłosił na swoim facebooku nowe daty trasy koncertowej. Nie zawahałem się skomentować. Ktoś odpowiedział mi tak: "Let me guess, he didn't show up". To chyba powinno rozwiać wszystkie spekulacje. Wiley'owi dziękujemy serdecznie. W zamian na scenie pojawił się Grubson z towarzyszem Jareckim i rozgrzał publikę do czerwoności. Żaden mróz nie był nam groźny, a dookoła widziałem pełno uśmiechniętych i bawiących się ludzi. Ależ to był piękny koncert Panowie, a utwór "Na Szczycie" z dedykacją (dla wiadomo kogo) poruszył niejedno serce. Występ GrubSona na długo pozostanie w mojej pamięci. Numer jeden tego dnia, jak nie całego festiwalu.

Przed GrubSonem na głównej scenie zagrali: Otsochodzi oraz Dwa Sławy. Z dwóch, udało się zobaczyć tylko tych "sławnych", ale poziom tekstów to już zupełnie inna bajka - no me gusta, bitami dawali radę (zwłaszcza tym nowym podchodzącym pod Major Lazer). Dzieciaki były zadowolone, chociaż organizatorzy liczyli pewnie na większe tłumy.



Impreza przeniosła się pod namiot.
Toddla T skutecznie dogrzał tłumy i pokazał, że klubowa muzyka sceny brytyjskiej z drum'n'basse ma wy swoich fanów w Polsce. Liczyłem na dobry set od Sub Focusa, ale to czego słuchałem i jarałem się w domu na płytach, na żywo brzmiało zupełnie inaczej. Bardzo drum'n'basse'owy set w jego wykonaniu. Napisałbym nawet - za bardzo. Szkoda. Tak naprawdę to samo mogę napisać o Digitalism, którzy grali dnia następnego. To dziwnie zabrzmi, ale czułem się jakby grali nieswoją muzykę. Kawałki były za bardzo zremiksowane i przedłużały się niemiłosiernie. Najabrdziej rozbudzającym publik utworem był "Pogo", który zagrany został pod sam koniec seta i to w miarę "normalnie" bez większych kombinacji. Ludzie tak szybko jak się schodzili, tak rozchodzili. Prawdziwi fani oczywiście szaleli pod sceną, a przecież widziałem wszystko z każdej strony, bo biegałem w fosie z aparatem, następnie dołączając do imprezowiczów. Miałem nadzieję, że Digitalism pokuszą się i dorzucą do setlisty niedawno opublikowany, świetny utwór "Holograms", ale w krótkiej rozmowie na instagramie odpisali mi: "Next time" i podziękowali za dobre przyjęcie.

Skoro przeszliśmy już do drugiego dnia, to na początku muszę podkreślić, że Skrzyczne dało nam popalić. Nam, czyli mi i Jackowi, którego zdjęcia zobaczycie również w tym wpisie. Zbyt późno wróciliśmy ze szczytu i z wielkim żalem ominęliśmy Holaka i Łąki Łan. Słyszeliśmy, że Paprodziad standardowo występował bez butów, totalnie zapomniał o mrozie i śniegu, pływał na fali, a koncert jak zwykle pierwsza klasa. No cóż, być może do zobaczenia w Toruniu 1 marca. Duet Camo & Krooked okazali się czarnym koniem tego festiwalu. To było istne drum'n'bassowe show pełne świetnych wizualizacji i gry świateł. Zaczęli dobrze, środek trochę przespali, ale końcówka znowu w dobrym tempie. Do pełni szczęścia zabrakło fajerwerków. Nazwany legendą brytyjskiej elektroniki Dj Zinc, szykował się na scenę, kiedy opuszczaliśmy teren festiwalu... Dajcie znać jak było!?



Jak zatem określić w kilku słowach SnowFest Festival?
Mini, a raczej mikroAudioriver? Coś w tym jest.  Widać, że festiwal tworzą zajawkowicze i pasjonaci muzyki, którzy na małej powierzchni starają się upchać jak najwięcej muzyki. Trzeba podkreślić, że jest to jedyny taki festiwal w Polsce, ale czy warty przejechania dla niego całego kraju? Odpowiem w ten sposób. Przede wszystkim dla mnie było to kolejne zebrane doświadczenie i możliwość współpracy z ludźmi z branży. Kocham muzykę, festiwale i coraz bardziej wciąga mnie sam temat ich organizacji od podstaw. Po drugie, wiedziałem, że festiwal połączę z górami - czyli nie miałem zamiaru chodzić na kacu przez kolejne dni niczym większość przybyłych na fest. Line-up również zrobił swoje, bo pewnie niektórzy artyści szybko nie wrócą do Polski (Wiley zwłaszcza ;)), chociaż... mam wrażenie, że Audioriver w Płocku przygarnie stąd coś do siebie. Jeżeli myślicie podobnie - droga do Szczyrku niech stoi Wam otworem. Ja czułem się jak ryba w wodzie.

Kilka rad na koniec.
Jeżeli chcecie wybrać się na SnowFest, to:
- ubierzcie się ciepło,
- jeśli zostawiacie gdzieś kurtki, to uważajcie, bo złodziejaszki grasują i niepozornie biorą Wasze rzeczy oraz tańczą z nimi pod ręką jakby nigdy nic - to akurat przytrafiło się właśnie mi. Na szczęście odzyskałem swoją "zgubę",
- pamiętajcie, że smog zniszczy Wam przyjemność z odpoczynku, chyba, że tak jak ja uciekniecie gdzieś wysoko w góry (polecam, a nawet zalecam),
- Szczyrk w tym okresie jest podwójnie zakorkowany - za sprawą festiwalu oraz wciąż przybywających na stoki feriowiczów. Uzbrójcie się w cierpliwość i wybierajcie wcześniej na koncerty, bo miejsca parkingowe zapełniane są szybko w całym miasteczku. Korków raczej nie ominiecie. Tutaj zderzają się dwie fale uderzeniowe.
- tak jak pisałem wyżej, polecam zaopatrzyć się w termos i kilka wzmacniających kanapek oraz batonów pozostawionych w samochodzie. Teren festiwalu jest naprawdę niewielki, więc nie stracicie na to dużo czasu, a przede wszystkim pieniędzy, i "wiecie co jecie". Masło orzechowe i ciepła herbatka z cytrynką robią swoje.
- bawcie się dobrze i pamiętajcie, że Muzyka Łączy :)
   
Czas na krótki VLOG FESTIWALOWY z atakiem na Skrzyczne!
Nie zapomnijcie również obejrzeć świetnych zdjęć, tam na dole wpisu.



Byliście na festiwalu? Dajcie znać jak tam Wasze wrażenia! Standardowo zapraszam do komentowania (klawiatura nie parzy, a ja nie gryzę) najlepiej pod postem na fejsbuku ctrl pattt, albo tutaj, na dole, w sekcji "komentarze" - całkiem anonimowo, bez stresu :) Widzimy się za rok na SnowFest Festival?




           

~ Patryk Makowiecki / ctrl pattt


Zdjęcia: ctrl pattt & Jacek Szwankowski






 

































CTRL'uj podobne wpisy

2 komentarze

  1. Anonimowy00:16

    Magia instagrama i jestem tutaj! Bardzo fajna relacja! Złapałeś nową fankę :> Byłam również i nasz osiedlowy festiwal mogę polecić :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Osiedlowy festiwal" - całkiem trafna ta nazwa :D
      Dziękuję i witam w moich skromnych progach!

      Usuń

Tutaj możesz wyrazić grzecznie swoją opinię :)