ORANGE WARSAW FESTIVAL 2017 - ORGANIZACJA i KONCERTY

17:26


Jeżeli dotarliście do tego miejsca, to znaczy, że obejrzeliście już vloga festiwalowego, który znajduje się w części pierwszej relacji, o tutaj. Przyszedł czas na bardziej szczegółowy zarys całego festiwalu. Po pierwsze skupię się na organizacji całego wydarzenia. Zobaczycie, jak festiwal wygląda obecnie i czy idzie w dobrą stronę. Dalej słów kilka o koncertach. Ale spokojnie. Zostały one opisane w ciekawy sposób i co najważniejsze - w skrócie. Zapraszam do spojrzenia na Orange Warsaw Festiwal okiem prawdziwego festiwalowicza.

Orange Warsaw Festival od kiedy przeszedł w ręce Alter Art zaczyna rozwijać się z roku na rok. Miniona edycja była tego znacznym dowodem. Pamietajmy jednak, że to Open'er Festival jest oczkiem w głowie ekipy Mikołaja Ziółkowskiego i to właśnie tutaj idzie największy nakład pieniędzy, pomysłów i czasu. Śmiało mogę zaznaczyć, że OWF plasuje się na drugim miejscu podium. Na trzecim wciąż stoi, ale już ledwo - Kraków Live Music Festival. Świadczy o tym, m.in. wciąż kurczący się line-up oraz odcięcie w tym roku dodatkowego dnia koncertowego. Rok 2016 również nie był ciekawy, ale o tym pisałem i vlogowałem tutaj.

W organizacji festiwalów Alter Art podoba mi się w szczególności to, jak całe miasto, w którym odbywa się dany festiwal zaczyna żyć i poruszać się w rytm muzyki. Komunikacja miejska współgra w całym przedsięwzięciu - podwozi i odbiera festiwalowiczów z terenu imprezy, podłączają się również firmy taksówkowe oferujące naprawdę dobre promocje na przejazd. Wszystko idzie płynnie. Tak właśnie było w tym roku na Orange Warsaw Festival. Pamiętam, że wcześniej festiwal miał z tym duże problemy. Co dziwne - Audioriver w Płocku totalnie nie ogarnia tego tematu. Ale więcej dowiecie się w nadchodzącej relacji.

Miasteczko festiwalowe nie było szczególnie rozbudowane, ale wszystko co potrzebne mieliśmy pod ręką. Można narzekać na brak kibelków w dobrej lokalizacji, za to food trucki z kosmicznymi cenami ciągnęły się na każdym kroku. Widocznie ktoś przewidział, że mało osób będzie korzystało ze strefy gastro. Śmieszki śmieszkami, ale coś w tym jest! Miejsca dla chilloutu? Bardzo dobrze rozstawione, gdzieś na boku, pomiędzy scenami. Było gdzie i z kim złapać oddech. To najważniejsze.



   
Muszę przyznać, że edycja 2017 Orange Warsaw Festival nie przyciągnęła mnie zbytnio line-upem, ale stała się otwartą furtką do festiwalowego lata 2017, z której musiałem skorzystać. Chociaż wszystko zapowiadało się, że wyląduję tylko na jednym dniu festiwalu, tak w jednej chwili dostałem propozycję odkupienia dwóch karnetów po 250 zł / sztuka. Wstyd nie skorzystać. W logistycznym ogarnięciu jestem mistrzem, także po godzinie 19:00 wchodziłem na pierwszy dzień OWF!


2 czerwca 2017
Festiwalowy piątek przyciągał mnie tylko za sprawą jednej nazwy w line-upie. Łona i Webber! Może po części żałuję opuszczonego koncertu Kodaline, bo jednak nie widziałem zespołu live (chociaż fanem wielkim nie jestem), ale dobrze, że w ogóle pojawiłem się na terenie festiwalu. Innych wykonawców widziałem gdzieś wcześniej i dlatego ten dzień brałem na dwa razy. Years & Years totalnie nie są w mojej bajce, dlatego tak jak widzieliście we vlogu, nie pchałem się pod scenę, wystałem chwilę i bez większych emocji idealnie zdążyłem na koncert składu zaliczającego się do czołówki polskiego hip-hopu - Łony i Webbera z towarzyszącym im zespołem The Pimps! Początkowo bałem się o statystyki, bo tak jakoś pusto było pod sceną, a do koncertu pozostało 15 minut. Na szczęście wszystko zmieniło się w mgnieniu oka. Oczywiście wylądowałem w drugim rzędzie i trafiłem na super ekipę, która znała wszystkie teksty i bawiła się tak, jak przystało na prawdziwych fanów. Koncert świetny. Budowanie nowych więzi z publiką i pielęgnowanie stałych, to mistrzostwo w wykonaniu tych Panów. Trzeba jednak podkreślić, że nagłośnienie dawało ostro po uszach i dźwięk leciał z lekkim echem niczym na stadionie piłkarskim. Nie wiem, jak tam w dalszych sektorach pod namiotem, ale z przodu nie było idealnie. Osobiście jednak wolę ten skład w klubowym wydaniu koncertowym i z czystym sumieniem polecam go właśnie Wam CTRL'ujący. The Pimps odwalają tutaj kawał dobrej roboty. Żywe instrumenty w rapie to coś pięknego.




Kiedy Łona i Webber kończyli koncert, na głównej scenie zaczynali swój występ Kings of Leonktórzy zasługują tu na własny akapit. Jak widzieliście nie miałem ciśnienia, ponieważ wiadomo jacy koncertowo są bracia Followil. No słabi. Mocno słabi. Nowy album brzmi naprawdę świetnie i tylko dlatego postanowiłem dać im drugą szansę. Pomyślałem, a nóż może im się odmieniło po Open'erze 2013 i zaczęli grać lepiej? Tłum zgromadzili ogromny, ale miałem wrażenie, że był to tłum gapiów, którzy odwdzięczali się tym samym, co bracia dostawali ze sceny - czyli brakiem jakichkolwiek uczuć i emocji w kontakcie międzyludzkim. W literaturze jest takie specjalne pojęcie zwane behawioryzmem. We współczesnym świecie nagle wszyscy robią się na zamkniętych introwertyków i koło się zamyka. No ale, kiedy kontakty międzyludzkie opierają się na ciągłym stukaniu w klawiaturę komputera czy telefonu, to o czym ja tu piszę. Ludzie bawili się naprawdę słabo, pod samą sceną jakoś to wyglądało, ale serio pod samą sceną. Hity grane przez zespół budziły wszystkich ze snu. Ktoś krzyknął: "O wow... Sex on Fire! Jeju, Use Somebody!". Nagle ekrany telefonów zaczęły błyszczeć, snapy zalewały sieć wirtualnego świata i tyle z wszystkich emocji. Ludzie słupy, ale kurczowo trzymają swoje miejscówki i nie daj Bóg próbuj ty się człowieku przeciskać pod scenę! W szczególności pretensje trzeba mieć do zespołu, bo Panowie wychodzą, robią co mają robić i żegnają się z hajsem wypełnionym po brzegi w kieszeniach. Gdyby nie ta mała ekipa z którą byłem podczas koncertu Kingsów, to serio - byłby dramat. Patryk, Dorka - jesteście najlepsi! Chociaż jakościowo wszystko brzmiało lepiej, to miałem wrażenie, że nadal nad dźwiękiem na koncertach Kings of Leon czuwa jakieś fatum, albo po prostu mają akustyków, którzy są już dawno do wymiany. Wracając jeszcze do najnowszej płyty. Pięć kawałków musiało nam wystarczyć, ale usłyszeć ulubione "Find Me", przepiękne "Walls""Eyes on You""Reverend" i na sam koniec "Waste a Moment" opłacało się. Tłum nie ten, ale może po prostu wszyscy czekali na Garixa?



Tak to właśnie wyglądało. Niewiele osób po koncercie Kings Of Leon zmieniało swoje położenie. Na szczęście udało nam się podejść bliżej sceny z nadzieją na naprawdę dobrą imprezę. Serio, na festiwalach cholernie widać, jak bardzo ograniczone i zamknięte muzycznie mamy społeczeństwo. Po słabszym występie na nieszczęsnej Tauron Arena w Krakowie, 27 listopada 2016 roku, liczyłem na jakość, z której słynie ten młody dj. Martin Garrix nie zawiódł, a odpalił taką imprezę, po której na drugi dzień wszyscy ponownie uczyli się chodzić - z zakwasu w łydkach zwanego poprawnie DOMS. Set był naprawdę długi i konkretny. Dwie godziny równego skakania bez większych przerw na odpoczynek musiało odbić się na porannej kondycji. Przy okazji trening dla nóg gwarantowany, także miałem wolne na kolejnych kilka dni. W końcu publika stała się jednością i miałem wrażenie, że impreza była najgorętszą w Polsce, jak nie na świecie w tym czasie. Scena również nie wytrzymała. Rozgrzana do czerwoności, posypana iskrami fajerwerków, zaczęła wołać o interwencję strażaków (widać ich we vlogu!), bo jej dach potrzebował pomocy. Do tego wszystkiego show uatrakcyjniały przepiękne wizualizacje, lasery i gra świateł. Żałujcie, że was nie było. Garrix przyciągnął tłumy i nie miał sobie równych tego dnia. Przedłużył set specjalnie dla nas i na koniec zremiksował utwór "One More Time" - Daft Punk. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tak chciało mi się pić po jakimś koncercie.




Z towarzyszącą mi ekipą zerknąłem jeszcze na KAMP!, ale Garrix wyssał z nas całą energię i wracaliśmy przygotować się na dzień 2. Takim sposobem kładłem się do łóżka przy wschódzie słońca nad budzącą się Warszawą.




3 czerwca 2017
Drugi dzień zaczęliśmy od powiększenia ekipy CTRL'ujących i ruszyliśmy na koncert Darii Zawiałow, wcześniej przemierzając Stare Miasto w poszukiwaniu zespołów, które być może postanowiły pozwiedzać Warszawę. Bezskutecznie. Podczas wejścia na festiwal zwróciliśmy uwagę, że część festiwalowiczów wyparowała i niższa frekwencja sobotniego OWF była faktem. A więc Daria Zawiałow. Debiutancka płyta "A kysz!" zaczęła szybko podbijać serca Polaków i dotarła do siódmego miejsca listy przebojów OLiS. Festiwalowe lato i koncert na warszawskim festiwalu był dla Darii możliwością zaprezentowania swoich sił na scenie. Daria wraz ze swoim zespołem nie zawiodła. Sylwester z Podróży Muzycznych napisał nawet, że otworzyła lepiej główna scenę niż dzień wcześniej Kodaline! Dziewczyna ma naprawdę ogromny talent, który promieniuje na scenie. Czarujący, pewny wokal i sceniczny pazur podbiły moje serce. Widzicie, dobrze się składa, bo kiedy piszę te sowa (2 listopada 2017), to nasza debiutantka wyruszyła w pierwszą poważną trasę klubową promującą reedycję pierwszego albumu. Poza tym, nagrywa się materiał na następcę debiutu, także śmiało polecam Wam zakręcić się obok Darii Zawiałow. Warto. Relacja z jednego koncertu na tej trasie dostępna jest na ctrl pattt i została napisana przez jednego z Was! Klikajcie tutaj, by poczytać i śmigajcie na koncert, póki jeszcze możecie!




Dziewczyny z Lor znowu odrobiły zadanie domowe i na scenie zaprezentowały się bezbłędnie. Chociaż nie mogłem zostać na całym koncercie, ponieważ musiałem zostawić je na rzecz zespołów, które do Polski wpadają bardzo rzadko, to po raz kolejny zostałem wciągnięty przez ich magiczny świat folku. Tym, co Lor prezentują na scenie można się zachwycać, albo nie. Mam wrażenie, że nie ma nic pomiędzy. Dlatego pod wypełnionym namiotem było mało osób niezdecydowanych, bo jednak muzyka tych młodych i niezwykle utalentowanych dziewczyn potrafi zatrzymać w czasie niejednego śmiertelnika.



Niestety, trzydzieści parę minut musiało mi wystarczyć, ponieważ w końcu mogłem przywitać się z  Two Door Cinema Club i stanąć najbliżej jak się dało głównej sceny. Wszystko pięknie, ładnie, ale deja vu z poprzedniego dnia załączyło się nieubłaganie. Tym razem ludzie nie czekali pod sceną na Martina Garrixa, ale na Imagine Dragons i totalnie psuli obraz bawiących się dookoła ludzi. Mam nadzieję, że z tego wyrośniecie dzieci, bo Wasz ogranicznik już niżej upaść nie może. TDCC odwalili kawał dobrej roboty. Starali się udźwignąć ten ciężar na swoich barkach i trzeba ich za to pochwalić. Chociaż kontaktowi nie są jakoś specjalnie, to indie rock, zwłaszcza ten z debiutanckiej płyty sprawdził się najlepiej. Z "Gameshow" sukcesów nie było i nie będzie, stąd trzy kawałki odegrane zostały bardziej na odczepne. Dla mnie wybór TDCC to kolejny dobry koncert tego festiwalu. W każdym razie - odhaczone! 



W chwili przerwy pomiędzy kolejnymi koncertami przeszliśmy się po miasteczku festiwalowym. Naszym ulubionym miejscem, gdzie łapaliśmy oddech i bez większej kolejki kupowaliśmy wodę tak cenną do przeżycia, okazała się być strefa VIP, częściowa odsłonięta dla festiwalowiczów. Po drodze spotkaliśmy Mikołaja Ziółkowskiego i złożyliśmy mu należyte pokłony. Następnie trafiliśmy na Darię Zawiałow, która nie mogła już doczekać się koncertu Justice. Dario, witaj w klubie! Zdjęcie z tego spotkania poniżej. Wiem, nie pokazuje się palcem ;)


Miłym zaskoczeniem (nie tylko dla mnie) był koncert Imagine Dragons. Po pierwsze jakość dźwięku na wielki plus, po drugie klimat jaki stworzył się pod sceną. Widać, że zespół ma ogromną rzeszę fanów, którzy potrafią świetnie się bawić, co udziela się pozostałym. Radioaktywni fani, to dobra nazwa. Na miejscu okazało się, że nie jestem takim ignorantem i znałem naprawdę sporą część kawałków, ale i bez tego zespół potrafi rozbujać największego sztywniaka. Płyt po koncercie nie zacząłem słuchać, jednakże dotarł do mnie fenomen tego zespołu. Bez wyrzutów możecie zahaczyć o koncert Imagine Dragons. Kings of Leon powinni wziąć u nich lekcje. Po zdjęcia zapraszam na sam dół wpisu.

Nie zapominajmy, że festiwale dają możliwość poznawania nowych artystów, dlatego szybkim truchtem przeskoczyłem na You Me At Six. Chociaż poświęciłem im zaledwie 20 minut, bo w głowie skakałem już na Justice, to nie żałuję. Mocniejszy rock, miejscami nawet punkowy, robił swoje. Szybko wkręciłem się w narrację płynącą od frontmana, który szalał po scenie z ogromnym zasobem energii i pewnością siebie. W pewnym momencie wyrywał ekipie foto aparat i zrobił swojemu zespołowi zdjęcie. Na szczęście i ja miałem wtedy swój sprzęt pod ręką.


O Justice mógłbym zrobić osobny wpis, ponieważ cholernie ich lubię. Mógłbym rozbić na części pierwsze cały set jaki przygotowali, dlatego postawiłem ująć to, co najważniejsze w kilku konkretnych zdaniach. Po pierwsze - występ słabszy i publika słabsza w porównaniu z Open'erem 2012. Nowy set nie miał szans odczarować antyfanów. Za dużo tych samym sampli powtarzanych w kolejnych trakach. Przykład? "Love SOS".  Niektóre przedłużacze również nie miały sobie końca i mogły zniechęcić ludzi, którzy liczyli na bardziej podkręcone tempo imprezy. Mi oczywiście to nie przeszkadzało. Pod sceną czułem się jak ryba w wodzie.  Najnowszy album "Woman" został ograny bardzo po macoszemu, chociaż trzeba przyznać, że otwierający show "Safe and Sound" świetnie odpalił publikę. Czym więc nadrobili Francuzi? Najlepszą scenografią całego festiwalu! Statek kosmiczny na scenie, to mało powiedziane. Ogromne kostki Rubika i platformy świateł zmieniały się oraz przestawiały w zależności od granego utworu, czy albumu. Nie zabrakło podświetlonego krzyża, który pojawiał się w momentach, kiedy przychodził czas na największe hity z pierwszej płyty. Po wszystkim żartowałem sobie, że są to jedyni wierzący Francuzi w Europie. Z niektórymi osobami stworzyłem większa i niezapomnianą imprezę. Bujaliśmy się naprawdę dobrze. Trzeba zaznaczyć, że prawdziwi fani czują nowy przekaz Justice i to właśnie z nimi na czele rozkręciliśmy całą zabawę. Niestety, trochę z żalem spoglądałem na osoby, które otwierały buzie na światełka i stały wryte w ziemię. Minimalnie lepszy secik i Justice poszerzyliby grono swoich fanów, a tak, zrobili dobrze, ale nie wszystkim, albo tylko przez chwilę.



Resztkami sił wyruszyłem z wykończoną ekipą CTRL'ujących na koncert Natalii Nykiel. Do dziś nie wiem, jakim cudem ta dziewczyna wyciągnęła z nas energię do zabawy, której naprawdę już nie mieliśmy, ale zrobiła to należycie dobrze. Byliśmy zachwyceni i oczarowani. "Error" w podniebnych podskokach zakończył naszą przygodę z Orange Warsaw Festiwal 2017. Dziś, jestem już po dwóch koncertach Natalii i wiem jedno - jest niesamowita na scenie. Mam nadzieję, że nie wyrobi sobie takiego dystansu do ludzi, który cechuje większość gwiazdeczek. Ze sceny bije od niej ogromne ciepło i naturalność, a wokalem czaruje od pierwszych wyśpiewanych linijek. Fenomen i perełka polskiej sceny.


To tyle ode mnie w temacie OWF 2017. Dobrze trafiłem z publikacją tego wpisu, ponieaż już jutro poznamy pierwszych artystów edycji 2018! Na pewno zaktualizuję ten wpis po ogłoszeniach.

AKTUALIZACJA!
Headlinerami Orange Warsaw Festival 2018 zostali Florence + The Machine oraz Sam Smith. Ogromnie cieszy mnie obecność LCD Soundsystem, którzy na Open'erze 2016 dali najlepszy koncert całego festiwalu. Kto był, ten wie. Pozostałych zachęcam do przeczytania relacji z tamtych chwil, o tutaj. Fani rapu również nie zostali pominięci i dla niech przyjedzie Tyler the Creator. Ładny podział gatunkowy trzeba przyznać. Każdy z nas dostał kawałek tortu dla siebie, a prawdziwi fani muzyki świętują chyba najbardziej i zdmuchną wszystkie świeczki :) Festiwal odbędzie się w dniach 1-2 czerwca 2018, a ceny startują od 369 zł za karnet. Więcej info o biletach - tutaj.


Tymczasem lecimy dalej, bo serio relację z Open'era dostaniecie na Gwiazdkę :) Muszę jeszcze coś zaznaczyć. Wierzcie mi na słowo, kiedy po dłuższym czasie spisuję te wszystkie zdania na kartkę papieru, emocje wracają z taką siłą, że mógłbym już przenieść się do kolejnego festiwalowego lata. Po obejrzanym przez Was vlogu i komentarzach, które zostawiliście, wiem, że działa to w dwie strony. Pozostaje mi napisać - CTRL'ujcie Muzykę, bo...? MUZYKA ŁĄCZY! Nie zapomnijcie obejrzeć reszty zdjęć.




CTRL'uj Muzykę!
Muzyka Łączy!

           

~pattt
























CTRL'uj Muzykę!
#ctrlpattt
#owf2017

CTRL'uj podobne wpisy

0 komentarze

Komentuj z głową. Masz inne zdanie? Wyraź je grzecznie w komentarzu.