Sting w Krakowie. Relacja z koncertu, 12.10.2017, Tauron Arena Kraków

20:52



Przed Wami kolejna relacja z koncertu osoby CTRL'ującej!
Tym razem Dorota, którą mieliście okazję poznać we vlogu festiwalowym z Orange Warsaw Festiwal 2017 wybrała się na koncert Stinga w Krakowie. Byliście tam? Dajcie znać jak było! Zapraszam do tej super relacji!



Cofnijmy się o prawie pół roku wstecz, do czerwca 2017. Do oddanych fanów Stinga nie należę, ale gdy padła wtedy propozycja pójścia na jego koncert 12 października 2017 roku na krakowskiej Tauron Arenie, nie mogłam odmówić. W mgnieniu oka, wraz z moją koleżanką, zanim pomyślałyśmy czy miejsce i data wydarzenia są odpowiednie, na maila otrzymałyśmy już potwierdzenie zakupu biletów. Wybór padł na trybuny i pisząc już po koncercie, uważam, że był to strzał w dziesiątkę. Siedziałyśmy w sektorze C11, z którego był doskonały widok na scenę oraz dolne płyty. Zdziwiło mnie jedynie, że bilety są imienne. Organizatorzy tłumacząc się dobrem klienta i przeciwdziałaniem, tzw. koników, wprowadzili obowiązkowe sprawdzanie biletów z dowodem osobistym. Raczyli o tym przypomnieć mailowo, a tydzień i kilka godzin przed koncertem również smsem. Czy wprowadzenie tego typu biletów było dobrą decyzją? Z jednej strony tak, na pewno wykluczy w jakimś stopniu odsprzedaż po dużo większych stawkach. Z drugiej jednak jak wiecie, wszystko może się zdarzyć, a możliwość odzyskania pieniędzy i odsprzedaży nawet w ostatniej chwili jest dla niektórych jedyną deską ratunku. Zapomniałam dodać, że koncert organizowany był przez Live Nation, a tutaj trzeba naprawdę przygotować swój portfel i być pewnym decyzji zakupu.

Chociaż obawiałam się długich kolejek na bramkach, w związku ze sprawdzaniem dowodu, wszystko szło błyskawicznie. Ponieważ... większość osób była odsyłana do depozytu z powodu jakiejkolwiek wielkości torebek czy plecaków. Jest czwartek, godzina 18:00. Niektórzy zapewne przyjechali do Krakowa z daleka, ponieważ był to jedyny koncert Stinga w tym czasie w Polsce. Inni wracali prosto z pracy, albo uczelni. Nie wszyscy, mieli możliwość zostawienia swoich rzeczy wcześniej. Ja sama miałam zwykła szmaciana torbę, którą mogę bez problemu złożyć do rozmiaru A5. Jednak, to też okazało się być problemem. Ok, po przełknięciu goryczy, skierowałam się do depozytu, by usłyszeć że jest to opłata bezzwrotna w wysokości 50 zł. Razem z towarzyszącą mi koleżanką, podjęłyśmy błyskawiczną decyzję o podrzuceniu felernych torebek do jej babci, która na szczęście mieszka tylko 3 przystanki od Areny, a nie na drugim końcu Polski. Wiwat Babcie! W końcu 50 zł piechotą nie chodzi. Jakieś 20 minut później drugie podejście okazuje się udane. Nie stoimy ani sekundy w kolejce. Sprawdzenie dowodu, przejście przez wykrywacz metalu, skan biletu nie zabiera nam nawet 5 minut. A zatem do rozpoczęcia koncertu mamy godzinę, którą wykorzystałyśmy na odstresowanie się po poprzedniej akcji.  



Zajmujemy miejsca, obserwujemy coraz większe tłumy. Tuż po godzinie 20 na scenie pojawił się Sting. Po pierwszej chwili konsternacji (to już?) okazuje się, że wyszedł po to, by zapowiedzieć support - Joe Sumnera - swojego syna. Chociaż, nie trzeba było nic mówić - oboje wyglądają jak dwie krople wody. Pierwsza piosenkę "Heading South on the Great North Road" wykonali razem, sprawiając że Arena coraz szybciej się zapełniała. Kolejne piosenki Joe śpiewał już sam, stojąc w świetle na środku sceny, mając tylko gitarę. Ballady z lekkim rockowym pazurem. Na mnie zrobił wrażenie, zwłaszcza głosem i wyglądem, ale też sposobem śpiewu, tak bardzo podobnym do swojego sławnego ojca. Nie zapominajmy, że był w jednej klasie z Benem! Oglądaliście pewnie serial "Przyjaciele"? -> wyjaśnienie tutaj. Nikogo zatem nie zdziwiło, gdy podczas głównego koncertu pojawił się w chórkach. Joe dorzucił także swoje trzy grosze do wykonu "Shape of My Heart" wykonując część piosenki na środku sceny, a nawet rozpoczął solo cover Dawida Bowiego "Ashes o Ahes"

Sting swój występ rozpoczął się od "Synchronicity II" z pewnym, rockowym brzmieniem. I tak już pozostało do końca występu. Towarzyszyły tej piosence mocne dźwięki z dodatkiem szalejącego na akordeonie Percy Cardona. Szkoda tylko, że nagłośnienie w Tauron Arenie pozostawia wiele do życzenia. Niestety, ale opinie ludzi nie są tutaj zmyślone. Nie było żadnych głośników skierowanych w stronę trybun, także wyobraźcie sobie, jaki dźwięk tam docierał.



Trasa była promocją wydanej w ubiegłym roku płyty "57th&9th" i jeśli chodzi o promocję, to nowości było niewiele. Z najnowszych aranżacji usłyszeć mogliśmy jedynie kilka numerów takich jak wspomniany już "Heading South on the Great North Road" czy "If I Ever Lose My Faith With You". Koncert Stinga raczej można nazwać koncertem starych przebojów, które pojawiały się zaraz od samego początku. Także za wszystkim znanymi hitami nie trzeba było długo czekać. Inna, ciekawa aranżacja "Englishman in New York" otworzyła worek z prezentami dla prawdziwych fanów. Najbardziej spodobał mi się "Fields of Gold", który zawsze wspominam z sentymentem. Pojawiło się także mnóstwo utworów The Police, między innymi przebojowa, ale jakoś dłużąca się "Roxanne"choć ze zgrabnie wplecionym "Ain't no Sunshine" oraz przedostatni wykonywany utwór (chyba, na który wszyscy czekali) "Every Breath You Take". Kontakt Stinga z publicznością był niewielki. Byliśmy świadkami przygotowanego do perfekcji show z płynnym przechodzeniem pomiędzy utworami. I choć brakowało mi interakcji z fanami, nie ukrywam, że Brytyjczyka oglądało się z wielka przyjemnością. Więcej słów, i to po polsku, padło z ust Joe Sumnera. 

Brakowało mi jedynie ciepłych ballad z gitarą akustyczna, ale i tu moje serduszko dostało nagrodę. Na ostatni - drugi bis, otrzymaliśmy "Fragile". Słowem końca, nie ma co narzekać. Koncert był naprawdę wspaniały. W końcu, ile razy możemy zobaczyć Legendę, której muzykę słuchaliśmy od najmłodszych lat? Choć występ Stinga przyciągnął raczej starszych słuchaczy, nie dało się nie zauważyć młodszego pokolenia. Sting może być cudownym potwierdzeniem na to, że Muzyka Łączy. Ja jestem bardzo zadowolona z koncertu i choć kwestie techniczne zawodziły, być na koncercie  takim jak ten to czysta przyjemność.

Setlista:

Przed występem Joe Sumnera:
Heading South on the Great North Road (wykonany wraz z synem)

Główny set:
1. Synchronicity II
2. If I Ever Lose My Faith in You
3. Spirits in the Material World
4. Englishman in New York
5. Every Little Thing She Does Is Magic
6. Mad About You
7. Fields of Gold
8. Shape of My Heart (z Joe Sumner)
9. She's Too Good for Me
10. Petrol Head
11. Message in a Bottle
12. Ashes to Ashes (David Bowie cover) (z Joe Sumner) (z urywkiem "50,000" Stinga)
13. Walking on the Moon
14. So Lonely
15. Desert Rose
16. Roxanne (z  urywkiem "Ain't No Sunshine" Billa Withersa)
Bis:
17. Next to You
18. I Can't Stop Thinking About You
19. Every Breath You Take
Bis 2:
20. Fragile

Relacja i zdjęcia: Dorota Żabińska

PS. Po przeczytaniu tej relacji zaczynam żałować, że mnie tam nie było.
Dzięki Dorka!




CTRL'uj Muzykę!
Muzyka Łączy!

           

~pattt

CTRL'uj podobne wpisy

0 komentarze

Komentuj z głową. Masz inne zdanie? Wyraź je grzecznie w komentarzu.