Soundrive Festival 2016 - Festiwalowa Domówka - Konkretna Relacja!

22:45


Tak jak pisałem wiele razy - każdy festiwal jest inny. Jaki jest Soundrive? Jeżeli oznajmię już we wstępie, że najlepszy, to czy doczytacie ten wpis do końca? Zatem zaryzykuję - jest najlepszy, najlepszy w swoim rodzaju. I tu Was mam, jednak tak szybko sobie stąd nie pójdziecie. To może być najdłuższa relacja festiwalowa jaką kiedykolwiek stworzyłem, o najpiękniejszym festiwalu zamykającym lato 2016.  

Moja historia z Soundrive rozpoczęła się tak naprawdę rok temu. O większości zespołów, które występowały w poprzedniej odsłonie na scenie klubu B90 wspominałem na blogu, czy facebooku ctrl pattt. Niestety, jak wiecie, z ogromnym bólem serca nie mogłem stawić się wtedy w Gdańsku. Uwielbiam odkrywać nowe zespoły, te raczkujące jeszcze w świecie muzyki, rozpoczynające swoją przygodę, często niezauważane przez długi czas (choćby nie wiem jak się starały). Właśnie dzięki takim festiwalom jak Soundrive, mogą one przedstawić się szerszemu gronu osób, które cenią sobie coś więcej w Muzyce i wciąż mają jej mało. Gdzieś tam jeszcze niezależna, niszowa, szeroko pojęta muzyka alternatywna, ale i nie tylko - to właśnie reprezentuje sobą Soundrive Festival. Oczywiście spotkacie tutaj "większe nazwy", tylko czy organizatorzy chcą byśmy patrzyli na nie jak na headlinerów za miliony dolców? Właśnie nie. Przez to festiwal zyskuje na kameralności i dodaje całemu wydarzeniu pewnej intymności, której nie doświadczycie na żadnym innym festiwalu w Polsce. Artyści nie rywalizują ze sobą o miano najlepszego, natomiast jeszcze bardziej dzielą się z uczestnikami swoją muzyką, by po koncercie dołączyć do nich pod scenę, porozmawiać i wypić piwko niczym z dobrymi znajomymi. Ta ogromna (jakby się wydawało) bariera fan-artysta zanika. Między innymi to wszystko, tak bardzo wyróżnia Soundrive na tle pozostałych festów. Co więcej?  

Teren stoczni sprawdza się idealnie.
Kto by pomyślał, że te industrialne obszary kiedykolwiek wypełni Muzyka? Arek Hronowski - człowiek odpowiedzialny, m.in. za całe zamieszanie z Soundrive i B90 wydaje się być geniuszem z głową na karku, lekarzem, który zrobił przeszczep stoczni, dając jej nowe życie. Do tych miejsc, gdzie zapach rdzy i smarów wciąż unosi się w powietrzu, a wnętrza wielkich hal produkcyjnych przemieniły się w pewien rodzaj zabytkowej sztuki, zaczynają zjeżdżać zespoły z całego świata, by przedstawić swoją muzykę - dzisiaj niszowi, jutro być może headlinerzy wielkich festiwali. Ktoś wrażliwy powie, że nie jest to wymarzona miejscówka na romantyczną randkę.  Muzyka jest w stanie połączyć ludzi w każdej sytuacji i w każdym miejscu na świecie. Soundrive Fest w tej scenerii potrafi uwieść niejednego z Was. Zapewniam.



Dalsze atuty?
Ze względu na miejsce wybrane pod festiwal, muzyka nie przeszkadza wrażliwym mieszkańcom Gdańska, a sama komunikacja miejska wydaje się być pisana pod cały event. SKM-ka na wyciągnięciu ręki, kursujące autobusy nocne, czy nawet kilkuminutowy spacer do dworca głównego nie powinien robić większego problemu. Niewielki teren miasteczka festiwalowego sprawdza się wyśmienicie do zaciśnięcia już nowych znajomości. Ludzie przybywający na festiwal stanowią więc pewną grupę przyjaciół, z którymi widujesz się każdego dnia (chcąc nie chcąc) - więc nie warto być dupkiem - tutaj zwłaszcza. Skoro już o frekwencji mowa. Arek Hronowski powiedział w tym wywiadzie: "Nie chcemy żeby nasz festiwal rozrósł się powyżej 1500 osób dziennie. Fajnie gdyby impreza się wyprzedała miesiąc wcześniej, ale żeby to była festiwalowa domówka – bez biegania od sceny do sceny i wielkich tłumów. Natomiast problem jest w wychowaniu młodzieży – nie chcą odkrywać muzyki". Festiwalowa domówka to najlepsze określenie na Soundrive. Ci, którzy kochają muzykę, znajdą tutaj najlepsze miejsce do odkrywania nowych dźwięków i znajomości na lata. Takiego klimatu brakowało na polskiej scenie festiwalowej. Strzał w 10.

Soundrive Fest rozwija się z każdym rokiem.
Edycja 2016 w porównaniu z poprzednią, powiększyła line-up o 9 nazw i dwie dodatkowe sceny.
Starałem się być wszędzie, chociaż pozostałem przy dużej oraz małej scenie z polskimi artystami. Ulica Elektryków i scena kontenerowa, za którą rozciągały się przepiękne klimaty stoczniowe była swego rodzaju łącznikiem pomiędzy B90, W4 i B64. Ta ostatnia okazała się dla mnie poza zasięgiem. Ciekawą opcją przed koncertami stanowiły panele dyskusyjne "Soundrive Dyskutuje". W tym roku mogliście zapoznać się z dwoma tematami "Manager potrzebny od zaraz" oraz "Jak znaleźć swoją niszę festiwalową?", prowadzonymi przez ludzi z branży. Plany planami, żałuję strasznie, ale nie mogłem w nich uczestniczyć. W pierwszym dniu dojazdowym zniszczyła mnie opóźniona o 90 minut kolej PKP, następnie popsuty blabla car. Drugi dzień to wycieczka po zakamarkach trójmiasta, klif orłowski i takie tam. O mało co przegapiłbym pierwsze koncerty.


No właśnie, jak tam  z koncertami zapytacie?
Wszystko rozgrywało się w godzinach 19:00 - 1:00. W klubie B90 można było jeszcze chwilę poleżakować, ale ekipa sprzątająca szybko brała się do roboty. Tzn. "szybko" - jak dla kogo. Prawdziwy festiwalowicz nie chce iść jeszcze do domu. Moja propozycja dla organizatorów. Zróbcie coś aby przetrzymać ludzi chociaż do tej godziny 3:00. Pierwsza myśl jaka przechodzi do głowy - 1) klimatyczne kino z leżakami w jednej z hal, 2) silent disco?!

Pierwszy raz koncerty odbierałem z dwóch stron. Wejściówka "media" pozwoliła mi rozwinąć skrzydła. Czułem ogromną swobodę poruszania się po terenie festu z aparatem. Uśmiech nie znikał z twarzy nawet na chwilę. Totalnie zanurzyłem się w fosie pełnej profesjonalnych lustrzanek i już na starcie każdego koncertu byłem na wyciągnięciu ręki z wszystkimi artystami! Przy okazji testowałem możliwości mojego sprzętu. Wiem jedno - czas na jaśniejszy obiektyw!


Zastanawiałem się nad dalszą formą opisu wszystkich koncertów. Znacie moje możliwości, a nie chcę przegiąć, dlatego postaram się zwrócić szczególną uwagę na te zespoły, na tych artystów, którzy chwycili mnie za serce. Nie ukrywam, w dużej mierze był to festiwal wielkich odkryć i dużych zaskoczeń. Kiedy Twoim targetem drogi czytelniku przez wiele lat jest Open'er i openerowo podobne festy - ślepniesz. Kiedy w kółko szukasz muzyki na ograniczonych polskich portalikach "muzycznych" - ślepniesz podwójnie. Nie widzisz, co powstaje dookoła Ciebie oraz ile wspaniałych dźwięków wręcz prosi się o odtworzenie. Soundrive 2015 wyskoczył mi znikąd, ze składem 80% nazw artystów, których słuchałem i polecałem wszystkim osobom ctrl'ującym. Moje zaskoczenie było ogromne! Festiwalowe lato, a zwłaszcza sierpień 2016 i nowe znajomości koncertowe jeszcze bardziej poszerzyły moje pole widzenia/słyszenia. Znam takie osoby, które spojrzały w line-up Soundrive i stwierdziły - nie ma nic co mnie interesuje, nie jadę, nie znam. Polecam wszystkim skończyć z takim myśleniem. Ściągnijcie swój ogranicznik, a uwierzcie mi - Muzyka zrobi resztę.

Koncertowy DZIEŃ 1.
Z powodu opisanej wcześniej przygody z dojazdem na Soundrive załapałem się na końcówkę PIXX. Uderzyłem więc na W4, gdzie akustycznie występowała Rosalie Chatwin. Pochodząca z muzykalnej rodziny dziewczyna, próbowała oczarować zebraną grupkę ludzi. Bez wątpienia miała do tego doskonałe warunki, bo scena W4 stworzona jest do takich występów. Mury wciąż czynnego zakładu produkcyjnego nie pozwalały tutaj na zbyt wiele akcji, a dla artystów z gitarą pod ręką stanowiły doskonałą bazę dowodzenia. Wokół ciebie mała leżakownia, wrak samochodu, tynk sypiący się ze ścian, zapach rdzy, takie małe ale urocze postapo. Pośrodku tego wszystkiego Rosalie - streetfighterka, starająca się  zejść z ulicy i ustabilizować swoją pozycję na scenie. Czy przekonała mnie występem? Nie. Widziałem wielu muzyków, którzy z pomocą gitary potrafili oczarować tłumy. Było zbyt nudno, lirycznie również. Cover Britney Spears też bym sobie odpuścił. Barwa głosu dobra, ale tutaj trzeba kogoś kto pokieruje i nie zmarnuje w niej potencjału. Na koniec dziękuję za przemiły wywiad i życzę sukcesów z drugą płytą.

W kolejności na dużą scenę ustawiły się szalone Hiszpanki z Hinds. Dziewczyny tryskały energią, zadziornością i seksapilem. Słychać było inspiracje takimi zespołami jak: The Strokes, The Vaccines, a nawet Arctic Monkeys - przekonacie się oglądając vloga festiwalowego. Naprawdę świetny koncert. Hinds, jak większość zespołów występujących na Soundrive, wyszły do fanów, by zamienić kilka zdań i zrobić zdjęcia. Na wspólne piwko nie starczyło czasu, ponieważ czekał je lot do Ameryki. Przeczuwam, że będzie jeszcze niejedna okazja. Porwały tłum, a ja po raz kolejny zostałem zauroczony.


Przyszedł czas na moich ulubieńców - Formation! Jak pamiętacie, byłem na ich koncercie w Kopenhadze. Supportowali wtedy Foals i tak po troszeczku brzmieli jak Foals wymieszani z LCD Soundsystem. Taneczna muzyka elektroniczna połączona z klimatycznymi bębnami w mgnieniu oka rozkręca ludzi na parkiecie. Ten kto raz usłyszy dźwięki Formation, będzie chciał więcej i więcej. Zespół tworzą bracia Ritson - Will na głównym wokalu jako frontman oraz Matt - klawisze i wokal. Charakterystyczną postacią jest perkusista Kai Akinde-Hummel. Wystarczy spojrzeć z jaką pasją uderza w bębny i oddaje się w muzyce. Zdziwiony był, kiedy wołałem o "drum sticks", tym bardziej kiedy przypomniałem o koncercie w Danii. Zapytałem, dlaczego nie zagrali kawałka "Love", przecież jest on stworzony na takie występy! Zgodził się ze mną i miał przekazać chłopakom o dodaniu traka do setlisty. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, porobiliśmy zdjęcia (instagram ctrl pattt!), wypiliśmy piwo i dostałem zaproszenie na koncertową listę gości, gdziekolwiek będą grać. Dowiedziałem się, że debiutanckiego albumu doczekamy się na początku stycznia przyszłego roku! Kai był zachwycony tak dobrym przyjęciem zespołu. Naprawdę bali się tego koncertu, bo kilka dni wcześniej grali w Szwecji (Bananpiren Göteborg), miejscówce podobnej do gdańskiej stoczni, i ludzie byli tam mega sztywni, a pod sceną znalazło się tylko kilka osób. Umówiliśmy się na kolejny koncert w Polsce, ale tym razem już z debiutanckim albumem. Osoby, które przekonałem do zostania na koncercie Formation również nie żałowały swojej decyzji. Jeden z najlepszych koncertów Soundrive 2016.


Przeskoczyłem na małą scenę. Trafiłem na pierwsze polskie odkrycie tego festiwalu. Duet Stonkatank! Skład tworzą: wokalista i instrumentalista - Borys Kunkiewicz oraz perkusista - Łukasz "Bolo" Tomczak. Grają ze sobą od dwóch lat i dzięki akcji na "Polak Potrafi" uzbierali wystarczające środki, by jeszcze w tym roku wydać nie płytę a totem (pendrive). Przypominają mi trochę zespół Fenech-Soler z czasów pierwszej płyty i singla "Lies". Poza tym, na pewno gdzieś tam usłyszycie dźwięki, które skojarzycie z Waszymi ulubionymi zespołami czy grami na pegazusie (tak, był taki jeden kawałek!), jednakże jak sami mówią: "jedną z najważniejszych rzeczy podczas pisania muzyki jest dla nas tworzenie czegoś nowego - budowanie własnego stylu. Jednocześnie nie lubimy popadania w skrajny „akademizm” i chcemy aby ludzie po prostu dobrze się bawili słuchając naszych kawałków". Wraz z moim serdecznym kumplem Sylwestrem (blog Podróże Muzyczne) złapaliśmy Borysa i zaciągnęliśmy go na mini wywiad. Dowiedzieliśmy się o planowanej trasie koncertowej, która wystartuje na początku listopada, poprzedzi ją singiel i klip promujący. Bolo w tym czasie chłodził talerze perkusji, którą rozgrzał do czerwoności. Z mojej strony wielki szacun dla Ciebie kolego. Z takim oddaniem powinien grać każdy drummer! Słowem końca - dobrze było Was poznać. Utrzymajcie się na tym naszym ryneczku i znajdźcie wydawcę. Dla mnie jesteście nadzieją polskiej muzyki elektronicznej. Nie zmarnujcie tej szansy i róbcie swoje. Widzimy się na trasie i festiwalach 2017! Pchajcie się na Open'era (idealnie pasujecie na Alter Stage), Taourona - była tam taka scena tworzona przez Red Bull Music Academy, i wszędzie gdzie tylko możecie. Kłaniam się w pas. Jesteście na moim radarze.


Przyszedł czas na finał dnia pierwszego czyli Fat White Family!
Jak bardzo nieczysty był to występ, pełen fałszu, brudu, rockowego nieładu, arogancji, luzu i muzycznego pierdolnięcia zarazem. Takie niby nic, ale jednak stylowe, pobudzające publikę do końcowego szaleństwa. Pogo pod sceną! Wydawało się, że przy tej ilości ludzi nie masz szans zobaczyć kogoś na fali, a tutaj nagle dwie osoby lecą. Gościu z łysą glacą był dyrygentem całego show pod sceną. Stary! Rozkręciłeś tłum! Po prostu musicie zobaczyć to we vlogu festiwalowym. Wszystko było na skraju rozpadu, a jednocześnie tak bardzo piękne. Na szczęście odbyło się bez pełnego striptizu muzyków na scenie. Kiedy gitarzysta zespołu ściągnął koszulkę, jedna z dziewczyn stojących za mną powiedziała: "on ma większe cycki od moich"! Rockandrollowy komizm sytuacji kupił każdy. Bawiliśmy się do ostatniego tchu. To było coś! Wow!


Koncertowy DZIEŃ 2.
Mocny wjazd na start, czyli YAK! Psychodeliczny i garażowy rock alternatywny prosto z UK bardzo szybko rozbujał uczestników drugiego dnia Soundrive. Momentami ciężko było znaleźć tu jakąkolwiek melodię, a wsłuchiwanie się i szukanie dźwięków powodowały niemały chaos - taki trochę przytup na wyczucie. Trio dało radę, ale w moim odczuciu albumowo są w stanie więcej przekazać. Scena pozostaje do ogrania. Dalej LOR! Bez wątpienia występ niezwykle utalentowanych nastolatek z Krakowa był pewnym rodzajem sztuki scenicznej. Mieliśmy narratorkę, która w magiczne słowa ubierała historię o tym, jak powstawały poszczególne piosenki i co przedstawiają. Trzem pozostałym artystkom wystarczyły skrzypce, pianino i przepiękny wokal, by dopełnić dzieła. To była niezwykle interesującą podróż. Dzięki! Trzymam kciuki za Waszą dalszą przygodę sceniczną!


Kiedy za ścianą obok dochodziły dźwięki gitar Sunflower Bean, mało kto śmiał opuścić LOR. Wyczekałem do końca i pobiegłem zapoznać się z Julią Cumming. Intrygująca za sprawą swojej urody, delikatna, urocza basistka oraz wokalistka Sunflower Bean potrafiła zahipnotyzować festiwalowiczów i pokazać pazur. Wokal przypominał mi trochę Karen O z Yeah Yeah Yeahs. Jeżeli jeszcze nie wiecie jak brzmi indie rock rodem z Ameryki, to mogliście się przekonać.
Ostatnim i najważniejszym punktem tego wieczoru był występ Honne. Muzyka elektroniczna z domieszką soulu, r&b i popu, w składzie dodatkowych członków zespołu, zrobiła niezłą imprezę pod sceną. Miałem wrażenie, że nie było osoby, która stałaby w miejscu. Tańczyliśmy do ostatniej piosenki, w gronie pełnym pięknych fanek brytyjskiego duetu.


Koncertowy DZIEŃ 3.
Wróciłem niedawno z Islandii, a tutaj Islandia przyjechała do Polski, z jej godnym reprezentantem - proszę państwa - Junius Meyvant! HUH! Jeden z piękniejszych koncertów podczas Soundrive Festival! Junius wyglądem przypomina typowego vikinga. Wysoki, brodaty, silny chłop, o delikatnym i wrażliwym sercu do Muzyki. Na scenie pełen profesjonalizm i sarkastyczny humor, którego nie ciężko jest odnaleźć będąc w Islandii, i wiem coś o tym. Zapewne dodatkowy wpływ mieli polscy znajomi artysty, którzy nie szczędzili go również nauki podstawowych i bardzo "wartościowych" słów, jakie powinien znać każdy zadający się z naszymi rodakami. Ale o tym, dowiedziałem się już po koncercie w swobodnej rozmowie i po pstryknięciu wspólnego zdjęcia. Junius Meyvant oczarował wszystkich swoją filmową wręcz muzyką i niezwykłą radością płynąca z jej przekazu. Nie było tutaj smutów i ani jednej chwili melancholicznego znużenia. Ciało jakby samo zaczęło bujać się w rytm muzyki, uśmiech nierozłącznie towarzyszył każdemu na twarzy. Znalazłem informację, że w skład zespołu zasilającego występ artysty znalazła się polska sekcja dęta z Irkiem Wojtczakiem na czele. Byliście świetni Panowie! Zabrakło tylko sekcji smyczkowej i byłoby idealnie na 200%. Wolniejszy kawałek "Pearl in Sandbox" w całości na moim kanale YouTube -> TUTAJ! "Good memories make me smile". :)


Gdyby nie słabiutka w zastępstwie Sally Dige, być może opuściłbym Henry David's Gun. Na szczęście los tak chciał i o godzinie 21:15 powróciłem do klimatycznej przestrzeni W4. Nie wiedziałem czego się spodziewać, bo było to moje pierwsze spotkanie z zespołem. Zauważyłem tłum ludzi, a na ich buziach wymalowane ogromne zainteresowanie całym występem. Szybko porobiłem kilka zdjęć i usiadłem w pierwszym rzędzie na brudnej podłodze. Trio muzyków, instrumentalistów, w kilka chwil zrobiło ze mnie ich największego fana. Jak to możliwe? Ano już tłumaczę. Spójrzcie jeszcze na moją perspektywę odbioru całego koncertu.


Nieograniczona ilość dźwięków daje możliwość tworzenia niezwykłych kompozycji muzycznych. Panowie dokładnie wiedzą jak wykorzystać cały potencjał kryjący się w Muzyce. Co jest pięknego w składzie Henry David's Gun? To, co podkreśliłem zaraz po koncercie - brak słabego ogniwa: Wawrzyniec Jan Dąbrowski na wokalu - o takiej lekko amerykańskiej barwie muzyka rockowego, odpowiedzialny za gitarę, ukulele, pianino. Michał Sepioło - kontrabas elektryczny (ludzie jak to brzmi, a jak się prezentuje!), plus banjo, pianino. Maciej Rozwadowski - myślałem, że widziałem już wszystkie możliwości grania na perkusji, ale żeby "skreczować" pałeczką talerze? Maćku, takiej wyobraźni i poczucia rytmu mogą Ci wszyscy pozazdrościć. Twoja gra może być dla wielu inspiracją i kopem do działania. Dla mnie, wielkiego pasjonata Muzyki, który zawsze marzył o graniu na jakimś instrumencie, zaczynającego od gitary akustycznej, a od niedawna zaliczającym pierwsze lekcje na perkusji, jesteś czystą motywacją.
Tak więc, indie folk oraz folk rock w opakowaniu surowej scenerii sceny W4 wpasował się idealnie w jej klimat. Henry David's Gun,  jak sami podkreślają, tworzą utwory "o przemianie i odrodzeniu, o szczęściu, paradoksalnie płynącym z trudu i wysiłku". I siedziałem tak sobie na tej podłodze będąc pochłonięty muzyką oraz płynącymi z niej opowieściami. Serio, w życiu nie dostałem takiego zastrzyku, żeby po koncercie zespołu, którego praktycznie nie znam, miał taką chęć kupić płytę i porozmawiać z muzykami. Stało się to tego wieczoru. Panowie ukłon wielki z mojej strony. Dziękuję raz jeszcze za podpisy i chwilę rozmowy. Wiem, że nie życzycie sobie wielkiej gwiazdorskiej sławy, ale zasługujecie na jeszcze większą publikę. Coś pięknego. Przy najbliższej okazji złapię Was w trasie. Gdzie wyście ukrywali się przez ten cały czas? Mam dwa zapisane kawałki z występu: "Bottomless Lake" oraz "Mandala Song". Polecam Henry David's Gun całym muzycznym sercem.


Ostatnie dwie petardy przed nami.
Przeczuwałem, że Dilly Dally zachwycą mnie swoim koncertem, ale... Czekajcie, czekajcie, który to już mój zachwyt na tym festiwalu? Kontynuując myśl... nie spodziewałem czegoś tak dobrego! Muzyka zaczerpnięta inspiracjami takich zespołów jak: Pixies, Nirvana, Smashing Pumpkins, britpopem Blur czy Radiohead za starych lat, bezkonkurencyjnie sprawdziła się pod sceną, a zachrypnięty głos wokalistki wytwarzał dodatkowe pole energetyczne, pole zasilające festiwal i bawiących się do utraty tchu ludzi. "Purple Rage", "Desire" dopieściły moje uszy gitarowymi dźwiękami. Zaśpiewajmy raz jeszcze: "This fire, this fire, this fire, desire"!!! Wow, to było coś!
Petite Noir po Dilly Dally wprowadził na scenę ład i porządek. Artysta z Afryki przypominał mi Kelego Okereke z Bloc Party - wokalnie jak i scenicznie dostrzegałem podobieństwa. Jako fan Bloc Party czułem podwójna radość z koncertowania, choćbym nie wiem jak bardzo wkręcił sobie te podobieństwa, bawiłem się wyśmienicie. Ostatni kawałek "Down" został wyśpiewany przez wszystkich uczestników festiwalu i zakończył piękną przygodę na Soundrive Fest 2016! WE NOT GOING DOWN!  


Przez wszystkie 3 dni festiwalowe moim niezastąpionym towarzyszem muzycznym był Sylwester, który prowadzi blog "Podróże Muzyczne". Wspólnie poznawaliśmy nowych ludzi, robiliśmy małe wywiady z artystami, pstrykaliśmy sobie z nimi foty. Pisząc wprost - CTRL'owaliśmy Muzykę i Podróżowaliśmy Muzycznie. Mam wrażenie, że przeżywaliśmy ten fest jak nikt inny. Kiedy Sylwek ogarnie relację z Soundrive podlinkuję Wam ją właśnie TUTAJ! Dzięki kolego, dzięki Wam ludzie tworzący ten festiwal, aż w końcu dzięki festiwalowicze za wspaniałą zabawę.

Za wszystkie błędy językowe, powtórzenia, pozostawione samotnie literki na końcu wiersza (taki urok układu bloga) - serdecznie przepraszam. Tymczasem...
Jeżeli dotrwaliście do końca, chwała Wam za to.
Muzyka nie jest Wam obca, a ja jestem całkiem znośny w czytaniu.

Poniżej dodatkowe zdjęcia z festiwalu i VLOG FESTIWALOWY!
Nie wiem jak, ale straciłem podsumowanie dnia pierwszego, które na spontanie zostało nagrane podczas powrotu ulicami Gdańska. Ważne, że zostało zapisane w pamięci. Reszta dla Was CTRL'ujący! Miłego oglądania! :)

CTRL'ujcie MUZYKĘ i dajcie znać pozostałym o Soundrive Fest!








































Łączmy pasje, dzielmy się wspólną zajawką!
CTRL'ujcie MUZYKĘ!

~pattt

CTRL'uj podobne wpisy

0 komentarze

Komentuj z głową. Masz inne zdanie? Wyraź je grzecznie w komentarzu.