Jamie T - Trick (Konkretna Recenzja Albumu)

22:20




Julian Casablancas (The Strokes) powiedział kiedyś: "Your girlfriend can leave you and your mother will yell at you, but when you start feeling like it's hurting the music, then it's a bad mistake." Potwierdzone info. Po drugim albumie "Kings & Queens" (2009) Jamie T wybrał drogę usunięcia się ze świata muzyki, zniknął, emocjonalnie rozbity. Dopiero po 5 latach przerwy powrócił, nagrywająć znakomity "Carry on the Grudge", by w jakiejś części wyrazić swoje uczucia. Kiedy było ich zbyt wiele, zrodzi się pomysł na kolejne wydawnictwo. Nie musieliśmy długo czekać. Najpierw pojawiła się dobrze przyjęta EP-ka "Magnolia Melancholia", a obecnie mam przyjemność recenzować dla Was najnowszy album "TRICK"!

Zanim ruszycie dalej, przypomnijcie sobie JAMIE T, PALACE - 09.02.2015, BERLIN, FRITZCLUB IM POSTBAHNHOF - mój pierwszy koncert Jamiego! Przy okazji, możecie zrobić sobie niezły wstęp do recenzji jak i zapoznać się z gościem, o którym tak nieustannie nawijam.

TRICK premiera 2 września 2016 r.

Jamie Treays skończył w tym roku 30 lat i wciąż dojrzewa muzycznie. Pisane piosenki już dawno przestały mówić o młodzieńczej, ulicznej kulturze, eksperymentach z narkotykami, powracających uczuciach do twojej beznadziejnej ex dziewczyny. Zmiana nadeszła po wspomnianej przerwie wraz z albumem "Carry on the Grudge", a "Trick" wydaje się być najbardziej ambitnym dziełem w całej twórczości Jamiego. Album wyróżnia nowy koncept, który miksuje w sobie różne gatunki i inspiracje, począwszy od hip hopu, przyjemnego dla ucha indie-rocka, kończąc na brudnym punk'u i surowych gitarach. 

Otwierający "Tinfoil Boy" może zszokować wszystkich na starcie, gdyż jest to najmocniejszy kawałek jaki kiedykolwiek nagrał Jamie. Miało być agresywnie, rockowo, z brutalnością Rage Against The Machine. Wyszło idealnie. Brakowało Wam flow Jamiego z pierwszych albumów? "Drone Strike" przypomni wszystkim "jak to było?". Rap przeplata się tutaj z cięższymi gitarami, tworząc klimat ery Arctic Monkeys, którą usłyszymy również w tanecznym, indie rockowym "Power Over Men", czy "Joan of Arc". Zawsze, ale to zawsze są gdzieś The Clash - Jamie powiedział: “I think everyone’s lucky that three-quarters of the album doesn’t sound like Mick Jones, because at one point it fucking did. I was just so chuffed that I could write something similar that sounded half-good.” Ten ukłon dla swoich idoli znajdziecie w utworach: "Tescoland" oraz "Robin Hood" - szaleńczo zabawny, skoczny z przepięknymi riffami.


Przy "Police Tapes" przychodzą porównania do Sleaford Mods/Slaves, czyli punkowy przekaz w pełnej okazałości. "Dragon Bones" od pierwszego dźwięku wpadł mi w ucho - pieści linią basową, która stoi na przodzie całego utworu, godnie wyróżniona i podkreślona. Dodatkowo, za sprawą prostoty strony lirycznej, jest to najbardziej chwytliwa piosenka z całej płyty. Nie obejrzycie się, a już po pierwszym razie zapamiętacie słowa piosenki. Uwielbiam grę słów w refrenie: "50,000 feet Up in the clouds If I had a gun I'd blow my brains out". "Salomon Eagle" brzmi mrocznie i groźnie. Nawiązuje do częściowo fikcyjnej noweli Daniela Defoe - "A Journal of the Plague Year". Chaos w Londynie, zaraza, upadek społeczeństwa i gniew Boga. Naprawdę mocny trak. Okładka albumu zaczerpnięta jest obrazem "Salomon Eagle" - malarza Paul Falconer Poole. 

"Sing of the Times" będzie kolejnym, przepięknym punktem zwrotnym na koncertach, niczym "Emily's Heart". Po moim pierwszym koncercie w Berlinie potrafię wyobrazić sobie jak to będzie wyglądać. Jamie weźmie swoją gitarę, usiądzie sam naprzeciw swoich fanów, pojedynczy reflektor oświetli go na scenie i melancholia popłynie na całego: "And where did all the friendships go? Lost them all to suffragettes. And where did all the venues go? Lost them all to businessmen. We all know, we're a sign of the times...". Świat zmienia się nieustannie, ale czy na dobre? Być może wcześniej, mogliśmy być "a little more exceptional, and I wish I'd been a little unconventional". Pod koniec płyty Jamie zwalnia instrumentalnie, tworząc przy tym klimat 5 minutowych ballad. "Crossire Love" to taki kolejny powrót do korzeni, czyli rap przez 4 długie zwrotki, z chwytliwym, gitarowym, ale spokojnym refrenem. Album "Trick" zamyka piękny i smutny zarazem "Self Esteem". Po raz pierwszy pojawiają się instrumenty smyczkowe, pogłębiające przekaz utworu: "And when it all ends will you remember? The times that you spent, spent together?".


Gdyby album był kiepski, napisałbym o tym bez mrugnięcia. Jest zupełnie inaczej. Uważam, że Jamie T wybił najlepszy krążek w swojej karierze. Pokazał nam jak może mieszać różne gatunki, zachowując przy tym swój styl i balans w rozsądnych granicach. Podczas podróży po "Trick" doświadczycie wiele różnorodnych dźwięków i uczuć. Każdy utwór na płycie jest osobnym arcydziełem, doszlifowanym do skraju możliwości. Jamie powrócił trochę do korzeni, ale to już nie jest ten sam szczeniak, którego znamy z czasów "Panic Prevention". W utworze "Joan of Arc" śpiewa przecież "Funny how you never give a fuck when you're 20". Proces dojrzewania muzycznego zakończony? Oby nie!

OCENA
5/5 
i kandydat na album roku 2016!

Jeżeli Jamie T nie pojawi się w Polsce podczas festiwalowego lata 2017, będzie to kolejna porażka wszystkich osób zajmujących się organizacją koncertów w tym kraju. Ileż można czekać? Czego jeszcze brakuje Wam drogie agencje, do potwierdzenia geniuszu tego człowieka? Fanpage'a i like'ów na facebook'u?

Podajcie recenzję dalej i wyraźcie swoją opinię w komentarzu.
Mam nadzieję, że album zachwycił Was tak samo jak i mnie.




Łączmy pasje, dzielmy się wspólną zajawką!
CTRL'ujcie MUZYKĘ!

~pattt

CTRL'uj podobne wpisy

0 komentarze

Komentuj z głową. Masz inne zdanie? Wyraź je grzecznie w komentarzu.