The Fratellis / The Esthetics - relacja z koncertu / GDAŃSK 27.04.2014

21:29

Czas na konkretną relację z pierwszego w Polsce koncertu The Fratellis!
Przy okazji kilka słów o supporcie i samej organizacji eventu.
Nadaje pattt ;)




Na wstępie kłaniam się nisko tym, którzy sprowadzili The Fratellis do Polski. Zaspokoiliście potrzeby wielu fanów. Daruję Wam ten oczojebny napis "House" na tle zamiast czegokolwiek związanego z zespołem obecnie występującym na scenie. Wybaczam również brak sprzedaży płyt czy koszulek, ale widać, że narzuciliście swoje "widzimisię". Macie moje rozgrzeszenie, bo 9 lat czekania opłacało się. W końcu!!! Organizatorzy z naszej zaściankowej Polski otworzyli oczy. Nadal nie wiem jakim cudem, ale "bracia" Fratellis pojawili się w Warszawie, a dzień później w Gdańsku. W końcu mogłem zobaczyć moich ulubieńców.

Czas pozwolił mi zaliczyć tylko jeden występ, dlatego wybrałem się w stronę Trójmiasta. Po pierwsze pogoda dopisała. Patrzysz tu patrzysz tam, straszą Cię deszczem i pizgawą. Jedziesz nad morze, a pakujesz się jakbyś wyruszał na Grenlandię. Prognoza pogody i te wszystkie stacje, które tak zryły mi banię, mogą się pieprzyć. Nigdy więcej. Po dotarciu na miejsce przywitała mnie piękna pogoda, z czystym, niebieskim niebem. Zimny wiatr dawał się we znaki, ale przez kilka dni mojego pobytu nie spadła ani jedna kropla deszczu. Ba! Z każdym kolejnym dniem było jeszcze cieplej. Także poza koncertem pozwiedzałem okolicę i dostrzegłem piękno Gdańska. Z informacji od osób CTRL'ujących doszły mnie słuchy, iż Warszawa miała gorsze warunki pogodowe - deszcz i pizgawa :D Ze zdjęć wyglądało też, jakby było Wam troszkę ciaśniej? :D A w Gdańsku wszystko na luzie!

Ale po kolei.
Do klubu B90 trafiłem po raz pierwszy. Był to niezły wyczyn, bo klub (bez urazy) leży na niezłym zadupiu. Miałem wrażenie prowadzonych w okolicy wykopalisk archeologicznych, gdzie B90 został świeżo odkopany. Gdańsk w budowie. Można było się nieźle zamotać, ale od czego ma się język.
Sam klub jest niezwykle klimatyczny i ma swój urok z zewnątrz jak i wewnątrz. Historią koncertów nie przypomina raczej tej z niedzielnej nocy,  a ludzie których pytałem się o drogę, myśleli, że śmigam na występ grupy metalowej. A tu zdziwko. Na wejściu zostałem owinięty opaską The Fratellis, która szybko z reki nie zniknie. Kiedy spojrzysz na takie cudeńko, przypominają Ci się niezapomniane chwile pod sceną :)


Piwko i pod bramki.
Równo o 19:00 na scenie pojawił się polski, młody zespół The Esthetics. Przed wyjazdem nie sprawdzałem z kim będę miał do czynienia i postanowiłem rzucić się na głęboką wodę. Miłe zaskoczenie - The Strypes doczekali się polskiej wersji :D

Wyluzowany, cwany i nażelowany wokalista (aka Alex Turner) zaprosił pod scenę (z marnym skutkiem) wszystkich siedzących i z mocnym głosem wywijał gitarą ponad 30 minut. Niektórzy jego postawę odebrali na "za bardzo szarmancką" (?), ale z drugiej strony - pizdusiem być nie warto. Na samym końcu eventu zamieniłem z nim kilka zdań i powiem Wam, spoko gościu, na scenie dobrze drze mordę. Na lewo kolejny chłopak w garniaku, który nie załatwił mi pałeczki perkusisty Fratellis. Mam żal ziom, ale na gitarce śmigasz pewnie, dlatego wybaczam. Po prawej stronie dziewczyna wpatrzona w swoją gitarę basową. Do teraz nie wiem, czy to znak nieśmiałości, czy może braku pewności? ;) I stwierdzam, że perkusiści mają najbardziej mokrą robotę.

Podsumka - młody zespół grający skocznego rock'n'rolla z mieszanką dobrego indie, z wieloma inspiracjami, o których wspomniał mi sam wokalista. Potencjał jest, oby został dobrze wykorzystany. Niestety w Polsce wybić się bywa ciężko i wiele takich dobrze prosperujących zespołów samoczynnie umiera. Póki co jest EP-ka, a na niej  5 szlagierów, które niestety brzmią lepiej na scenie niż w wersji studyjnej. Tak, tak, odrobiłem lekcje -> CLICK! A to dziwne, bo powinno być na odwrót? Trzymajcie się piosenek w języku angielskim, bo naprawdę brzmią dobrze. Skuście się też na coś wolniejszego i zbadajcie jak to wyjdzie w praniu, by perkusista miał też chwilę oddechu ;)


THE FRATELLIS!

Wyszli jak w zegarku... godzina 20:00... serce stanęło, ciary na ciele oraz ogromny smile na twarzy, który nawet na moment nie schodził ze swojego miejsca. Powtórzę - 9 lat czekania!!! Dla mnie, czyli gościa, który jest z zespołem od samego początku, to było wielkie wydarzenie. Uwierzcie mi, jeden z lepszych koncertów w moim życiu. Przez 1h i 48 minut wszystko inne przestało się liczyć. Jesteś Ty i Twój ulubiony zespół. Trzymasz te pieprzone bramki i nawet przez myśl nie przechodzi Ci skorzystanie z kibla. Coś KURWA pięknego! Jaram się każdą sekundą tego koncertu, a jak po całym wydarzeniu zobaczyłem poniższy filmik, to lepszego podsumowania z moim udziałem być nie mogło :D Zaciesz jak u dziecka, jeszcze większa w momencie zdobycia playlisty i kostki!!!!



The Fratellis zaprezentowali utwory ze wszystkich swoich trzech albumów, z naciskiem na najnowszy "We Need Medicine", który jak wiecie, znalazł się w moim podsumowaniu 2013 w kategorii "największy zawód roku". Na szczęście kawałki z tej płyty jakimś cudem ożyły na scenie i po powrocie do domu ponownie dałem im szansę. Misja zakończona sukcesem - jest lepiej! :) W sumie, do pełnej prezentacji "We Need Medicine" zabrakło tylko jednego kawałka - "Whisky Saga". Niestety "Here We Stand" był najmniej granym krążkiem podczas występu Szkotów. Szkoda, bo przygotowałem się na: "Look Out Sunshine!", "Mistress Mabel", "Tell Me a Lie", a tak starczyło czasu na: "Lupe Brown", "Babydoll" i "Heady Tale" pięknie zagranym na sam koniec. Oczywiście podstawą do zabawy dla wielu fanów były hity z wcześniejszych płyt. Nie ukrywam, tutaj rozpierdol był największy :D "Flathead" na dobry start, następnie jeden z moich ulubionych "Whistle For The Choir", "Baby Fratelli". Była również "Henrietta", która w Warszawie w całości została oddana fanom, ale ponoć wyszło to całkiem kiepsko. Panowie szybko wyciągnęli wnioski. Przed startem Henrietty, Jon zwrócił się do Mince'a z pytaniem: "chcesz trochę pośpiewać?" Na co perkusista odrzekł: "nie za bardzo mi to wychodzi, ale spróbuję :D". Fani również nie odpuścili i tak Henrietta porwała tłum w Gdańsku. Już tutaj można było zwrócić uwagę na świetną komunikację w zespole. Mieliśmy również do czynienia z małym falstartem przy jednym kawałku, gdzie po chwili ustaleń Jon przyznał: "zawsze jest moja wina" :D


Po kawałku "Until She Saves My Soul" zespół pożegnał się i zszedł ze sceny. Moje zdziwienie było kosmiczne. Gdzie "Chelsea Dagger"?????? Dlaczego FANI ucichli i nie wołają na bis? Co jest kurwa??? :D Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i na szczęście ludzie poszli za mną! Wystarczyło unieść się emocjom i wydobyć z siebie TyryRY tyRyry TyRyryryRY! Nikt nie odpuścił dopóki nie zobaczył ponownie zespołu na scenie. Przy okazji badałem reakcję ekipy nagłośnieniowej Fratellis, która rozłożyła się obok sceny i uwierzcie mi, dawno nie widziałem takich zacieszów :D Na bis zabrzmiało aż pięć traków. Dopiero teraz doszło do mnie, iż pojawił się jeden zupełnie NOWY! "All the Long Live Day"!!! Połączony z "Rock N Roll Will Break Your Heart" prezentował się bardzo smacznie :) Coś w ten deseń - > Kliknij TUTAJ! Miłym dodatkiem był cover kawałka Dion'a - Runaround Sue!!! WOW! I punkt kulminacyjny wieczoru DAGGER!!! Ludzie co tam się działo, istny rozpierdol. O mało co wyrwalibyśmy te przykręcone bramki. Wszystko latało, wszystkich nosiło. Prawidłowa reakcja, event zaliczony. 


Przez całe show ze sceny lała się mega pozytywna energia i pierdolnięcie, który charakteryzuje występy The Fratellis. Bez wątpienia w centrum uwagi był perkusista Mince Fratelli , który zarzucił momentami jakimś tekstem typu "zajebista impreza" lub "bujamy się Warszawa" :D Jak to się mówi - był wczorajszy :D Bassista Barry Fratelli jak zwykle słabo korzystał z dobrodziejstw mikrofonu, ale przykuwał wzrokiem za sprawą koszulki "Back to the Future" - mojego ulubionego filmu z lat szczeniackich. Chyba najbardziej po Jon'ie było widać uciekające lata. Mam tylko nadzieję, że Panowie wchłoną tą całą energię od swoich fanów i zabiorą ją do studia, by nagrać kolejny album.

Jak wiecie, nie wyszedłem z koncertu z pustymi rękoma. PIERWSZA zdobyta playlista należała właśnie do mnie. Miły dziadek z ekipy nagłośnieniowej zespołu od razu wiedział o co mi chodzi. Czułem jednak mały niedosyt i polowałem na gitarową kostkę. Wystarczyło trzymać się tego Pana, trochę zagadać i boooOOOom - wszedł na scenę i z PODŁOGI zwinął dwie kostki! Prawdopodobieństwo, że któraś z nich była użyta podczas występu jest większe niż te, które umieszczone były na statywie mikrofonu. Tak to sobie tłumaczę :D Druga kostka powędrowała do świeżo zapoznanej fanki zespołu. Walka do końca. To było coś :) Zabrakło tylko pamiątkowego zdjęcia. A nie, sorry, jednak mam, selfie ale jest! :D


__________
Podoba się, byłeś na koncercie?
Koniecznie zostaw lajka albo postaw komentarz! :)
Daj znać, że CTRL'ujesz!




Odwiedź mnie na fejsie!
Łączmy pasje, dzielmy się wspólną zajawką! :)
Wbijaj!

Poniżej MOJE zdjęcia. 


















CTRL'uj!!!

CTRL'uj podobne wpisy

2 komentarze

  1. Anonimowy21:59

    to było piękne!! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaak!!!!!!!!! :D

      Usuń

Komentuj z głową. Masz inne zdanie? Wyraź je grzecznie w komentarzu.