The Strokes - Comedown Machine (konkretna recka)

20:30

Do recenzji najnowszego albumu The Strokes trzeba podejść bardzo ostrożnie. Rzekłbym nawet, że powinni podejmować się tego tylko Ci, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o muzyce Strołksów. Czytałem już kilka wypocin, które pojawiły się na większych portalach muzycznych i byłem załamany poziomem oraz znajomością tematu...
To jest moja - konkretna recka! :)


Z The Strokes jestem związany od 2005 roku. Room on Fire (2003) wpadł mi wtedy jakoś w moje ręce i otworzył wrota do świata alternatywnego grania zza oceanu. Następnie zasięgnąłem po debiutancki album Is this It? (2001) i byłem solidnie przygotowany na First Impressions of Earth (2006). Pamiętam również jak nie mogłem doczekać się, po pięcioletniej przerwie, albumu Angles (2011) oraz występu The Strokes na open'erowskiej scenie. Śmiało mogę napisać "tak jestem fanem" z tą różnicą, że potrafię powiedzieć kiedy dany album jest dobry, a kiedy czegoś mu brakuje. Tak na przykład było w przypadku Arctic Monkeys i krążka Humbug - miałem odwagę powiedzieć sobie i dać do zrozumienia, że jest to najgorszy Lp Małp, do którego wracam najrzadziej. The Strokes jeszcze ani razu mnie nie zawiedli. Do czego dążę w tym epickim wstępie? Możecie czuć się pewni, że ślepej miłości w muzyce z mojej strony nigdy nie było i nie będzie. Jak więc wypadł Comedown Machine?

Warto zacząć od tego, że z tym albumem Strołksi wyskoczyli praktycznie znikąd. Nagle w styczniu jakaś tam stacja radiowa chwali się, że jest w posiadaniu dwóch nowych kawałków Strokes, robi szum i nakręca wszystkich zdziwionych fanów. No jak to - zapytał każdy z nas? Tak po prostu? The Strokes milczą, długo nie słyszymy nowych dźwięków, aż w końcu wyłaniają się:  One Way Trigger oraz All The Time (klikając na poszczególne tytuły możecie przeczytać moje pierwsze wrażenia). Dwa różne kawałki - pierwszy niesie powiew nowości, drugi bardziej obija się o klasyczne granie Strokes. Oczywiście doszło do podziału fanów, którzy zaczęli prowadzić batalię o to, jaki kawałek jest lepszy. Na szczęście od dnia dzisiejszego każdy z nas ma możliwość ocenić Comedown Machine w całości. Ukłon należy się za stream tego albumu tydzień przed premierą. Mogliście na spokojnie przesłuchać i dokonać wyboru - take it or leave it? :)


Piąty album The Strokes, tak samo jak Angles przynosi konkretną świeżość. Zapowiadana rewolucja rockowa nabrała tempa. Czuć, że zespół pozwolił sobie na chwilę szaleństwa w rodzinnym studio. Najgorszy dla mnie okazał się pierwszy odsłuch. Zresztą drugi wcale nie był lepszy, a mój wyraz twarzy sugerował konkretne WTF? Nie dostrzegłem w tym albumie nic ciekawego. Podłamany postanowiłem nie skreślać CM od tak. Dałem szansę i nie żałuję tego, gdyż tak słabo promowany album okazał się strzałem w... no właśnie? Trzeba przyznać, że The Strokes miejscami dotykają tutaj bardziej popowego grania, brakuje mi dłuższych solówek gitarowych ze strony Valensiego, a sam Casablancas sięga dźwięków, z którymi na koncertach nie dałby sobie rady. Na muzyczny powrót do korzeni nie ma co liczyć. Ok, w trzech przypadkach na trackliście coś tam słychać: 50 50, Happy Ending, All The Time dają takie lekkie wrażenie wyciągnięcia z Room on Fire. Chociaż z tej trójcy bardziej postawiłbym jednak na 50 50. Album brzmi cholernie lekko i przyjemnie, jest to bardzo ułożona kompozycja. Momentami płyniemy jak na fali :) Na melodyjność nie będziecie mieli co narzekać. Już od pierwszego kawałka Tap Out da się zauważyć różnicę pomiędzy tym krążkiem a poprzednimi. Ostry gitarowy start jest niezłą zmyłką, z którą przyjdzie nam się spotkać dopiero w 80's Comedown Machine, który jest bliźniaczą odskocznią na całym albumie - niczym You're So Right w Angles.


Perełkami albumowymi są dla mnie: Welcome to Japan - perfekcja sama w sobie - gitarowy orgazm, Chances z genialnym środkiem - kiedy na głównym planie pozostaje bass, perkusja i wokal. Uwielbiam Happy Ending. Niestety, jak sam tytuł mógłby wskazywać, nie jest on ostatnim utworem na płycie. W zamian tego dostaliśmy zapychacza w postaci kołysanki Call It Fate Call It Karma. Nie zapomnijcie o One Way Trigger, bo znalezienie takich solówek riffowych na albumie jest niezłym wyzwaniem. Slow AnimalPartners in Crime na bank znajdą swoich odbiorców :)

Cóż mogę Wam rzec na koniec?
Album jest warty polecenia i każdy fan odnajdzie na Comedown Machine The Strokes. Poniekąd słowa Alberta Hammond'a stają się dobrym podsumowaniem tego wydawnictwa: "Oczywiście utwory będą różne, ale myślę, że The Strokes to The Strokes i zawsze będą The Strokes." True, true. Dobrze słyszeć, że zespół rozwija się, próbuje nowych dźwięków. Przecież byłoby strasznie nudno, gdybyśmy dostali kopię kopii, itd. Przy obecnych możliwościach, aż dziwne byłoby nie dodać czegoś nowego. Bez wątpienia ten album staje się wyznacznikiem nowego kierunku w karierze The Strokes. Z mojej strony - pełen szacun. 11 kawałków tworzących 40-minutową kompozycję, o której szybko nie zapomnę.

Album Comedown Machine zasługuje na solidną ocenę :)

7,5/10

A jak Wy oceniacie piąty krążek The Strokes?


CTRL'uj podobne wpisy

1 komentarze

  1. Anonimowy01:39

    bardzo dobra recenzja i przemyslana ocenka :))

    OdpowiedzUsuń

Komentuj z głową. Masz inne zdanie? Wyraź je grzecznie w komentarzu.