Everything Everything - ARC (konkretna recka)

10:15

Przed Wami konkretna recka pierwszego albumu, na którego tak bardzo liczyłem w muzycznym roku 2013. Jak wypadł drugi krążek Everything Everything?
Przekonajcie się sami.

Uwaga. Jeżeli jesteście tutaj nowi, to od razu podkreślę, że z recenzjami nie ma pierdolenia. Jak coś mi sie nie podoba, to wprost o tym piszę, jak mi się podoba, to też piszę - ale inaczej :D
Najbardziej jednak jestem wkurwiony, a raczej zawiedziony (tak, to lepsze słowo), jak zespół, na którego liczyłem w tym roku, daje dupy po całości.

Debiutancki album grupy - "Man Alive" z 2010 rok zmiażdżył system. To była idealna kompozycja, której chciało się słuchać w kółko już po pierwszym odsłuchu. Przyznaję, że zespół poznałem dopiero w tym roku, właśnie za sprawą singli, które miały być dobrą namiastką drugiego dzieła Brytyjczyków. Czyli, kolejność: najpierw single z 2012 r., potem zainteresowanie się zespołem i jebs w album debiut.

Nikt mi nie powie, że "Cough Cough" czy "Kemosable" odstają od "Man Alive". Była to dla mnie przyjemna kontynuacja pierwszego LP i zapowiedź jeszcze lepszego pierdolnięcia na drugim.


Wyobraźcie sobie, że "ARC" jest statyczny jak adres IP ustawiony w niektórych Waszych routerach.
Ta statyczność i taka nijakość zaczyna się już od trzeciej nuty. Dwie pierwsze są wspomnianymi singlami promującymi album. Wydaje mi się, że przez dwa lata przerwy Panowie z Everything Everything zastanawiali się co zmienić, w którą stronę pójść. Niepewność jest wyczuwalna, zwłaszcza jak ma się milion pomysłów na piosenkę i brak pojęcia, który wybrać. "Ojej nie wiemy, w którą stronę iść... - fuck it, zróbmy mieszankę: troszkę klawiszy, skrzypiec, drobnych riffków i basiku - o, a Ty możesz czasem pośpiewać jak w chórze kościelnym - masz w sumie taką barwę głosu, a ja właśnie ostatnio polubiłem chórki, to może się udać! Na końcu pierdolnijmy to wszystko na raz i zróbimy mega zakończenie każdego kawałka!".
Być może właśnie tak brzmiały rozmowy w studio nagraniowym? Nie wiem kurwa, ale nie podoba mi się ten album. Najgorsza jest ta mieszanka, jakby zespół wybrał się na nieznane wody, albo inaczej - na bezludną wyspę, w poszukiwaniu nut, z których ma składać się ARC.
Wyobraźcie sobie jeszcze coś. Idziecie wstawić wodę na herbatę, wracacie z kuchni i myślicie, że to już kolejny kawałek leci, patrzycie na playlistę - o nie, jednak cały czas ten sam :D 

Czytałem recenzje portali zagranicznych, jedni ubóstwiają ten album, inni tak jak ja, dają do zrozumienia, że ktoś tu zajebał się w akcji. Jakie plusy przemawiają za tym, że jedni tak się podniecają, inni nie? Tłumaczą taki zabieg na płycie ARC dojrzałością muzyczną. Sayyy whattt? Albo jeszcze lepiej - świetna strona liryczna. Ok, niech ktoś mi powie, po co mam wgłębiać się w teksty jak sama muzyka mnie drażni? Ktoś nawet odważył się powiedzieć, że powstaje drugie Coldplay. Niech ten gościu się modli, by fani Coldplay nie dowiedzieli się o tej obrazie.

"Man Alive" brzmiała całościowo pozytywnie. Miało się ochotę tańczyć i bawić przy praktycznie każdej nucie. Tutaj zrobiło się bardzo melancholijnie, spokojnie, za wolno! Krążek jest bardziej ponury, pełen współczesnej krytyki i emocji płynących z nieodwzajemnionej miłości...


Plusy?
Naprawdę da wyłapać się tutaj nuty, które są wyjątkowe, których nie usłyszeliście nigdzie indziej. Słuchasz sobie i myślisz - zajebisty dźwięk. Jednakże po chwili, tego dźwięku już nie ma, a jest 500 kolejnych. Ok, ale miało być o plusach, w sumie bardziej trakach, które mi się podobają.

Warto jest dojechać do końca płyty. Pod magiczną trzynastką kryje się "Don't Try". Konkretna nuta, która powinna zapaść Wam w pamięć. Zajebiście brzmi przez 2 minuty i 55 sekund. Potem wchodzą klawisze, które mogłyby zapowiadać kościelne kazanie, ale wyjątkowo jest to do przełknięcia. "Armourland" należy do tych spokojniejszych-przyjemniejsych kawałków. W "Torso Of The Week" podoba mi się połączenie basu z riffami na elektryku, "Duet" - też ma swoje dobre wejścia, ale na tym się kończy. Poza tym, nie rozumiem tendencji do nazywania płyty ARC i umieszczenie pod tą nazwą w playliście, najbardziej chujowego i krótkiego kawałka. Wtf?

Nie wiem jak zareagują fani debiutanckiego albumu, w których to Everything Everything rozpalił ogień miłości i nadziei. Jestem ciekawy tylko, jak recenzenci, którzy wtedy byli skłonni wystawić "Man Alive" wysokie noty, ocenią teraz drugie oblicze kwartetu z Manchesteru.

Może właśnie ARC dedykowany jest nowej grupie odbiorców, w której znajdziecie się Wy? :)


Niestety, osobiście czuję pierwszy zawód tego roku.
W tej płycie tkwi zajebisty, niewykorzystany, ogromy potencjał. Nie potrafił on jednak wygrzebać się z mnogości pomysłów, które zjadły zespół.
5/10

Na koniec kawałek z pierwszego longplay'a :)


achh... ta gitarka! CTRL'ujcie!

CTRL'uj podobne wpisy

2 komentarze

  1. Anonimowy18:53

    gdzie odsłuchiwałeś płytke? :D

    OdpowiedzUsuń

Komentuj z głową. Masz inne zdanie? Wyraź je grzecznie w komentarzu.